GSS - Dzień trzeci (9.VIII)



Głuchołazy – Kałków 7h 15

Wyszliśmy bardzo późno – o 7.55. Niewiele czasu mieliśmy na zwiedzanie głuchołaskich zabytków. Na zdjęciu poewangelicki kościół p.w. św. Franciszka (neogotyk, wybudowany w latach 1865-1866), a w głębi Wieża Bramy Górnej, pochodząca z ok. 1600 roku.

 
W biegu minęliśmy klasztor Misjonarzy Oblatów w Bodzanowie. Tutejszy kościół p.w. św. Józefa Robotnika powstawał w latach 1692-1708 jako świątynia jezuicka. Dom rekolekcyjny oferuje turystom 33 miejsca noclegowe w pokojach jedno-, dwu- oraz wieloosobowych.
Niespełna kilometr za klasztorem przekraczamy Białą Głuchołaską, kolejne półtora kilometra dzieli nas od asfaltu, prowadzącego do Gierałcic. Jeszcze przed wsią dostrzegamy wieżę kościoła św. Michała Archanioła, pamiętamy, że przy kościele powinniśmy skręcić w lewo. Pogoda się psuje, nad nami burzowe chmury, wieje, grzmi i zaczyna padać, pośpiesznie szukamy więc schronienia. Przy pierwszych zabudowaniach kryjemy się pod wiatę przystanku autobusowego, blaszane zadaszenie postanawiamy jednak zamienić na coś pewniejszego. Pukamy do drzwi jednego z domków szeregowych po przeciwnej stronie ulicy. Otwiera nam Pani Mirosława Bakalarczyk, zaprasza do środka, częstuje herbatą. Po godzinie przejaśniło się i – chcąc nie chcąc – musieliśmy pożegnać przemiłą Gospodynię (obiecując sobie, że jeszcze się zobaczymy).
Gierałcice to miejscowość szczególnie zadbana, nawet na tle bardzo dobrze utrzymanych wsi nyskich. Zwrócimy na to uwagę nieco później, gdy będziemy przechodzić przez wsie w niektórych rejonach Sudetów Środkowych i Zachodnich. Wędrówkę utrudnia jedynie to, że czerwone znaki, często malowane na słupach, bywają zalepiane ogłoszeniami („chwilówki” itp.). Trzeba o tym pamiętać, szukając drogi przy kościele.

 
Za kościołem – do końca wsi – idziemy asfaltową drogą, która mniej więcej po kilometrze przechodzi w drogę polną. Przy pierwszym rozwidleniu – przed dużą wierzbą – skręcamy w prawo. Nie widać oznaczenia zakrętu. W ogóle znaki czerwone nieszczególnie częste i nie najłatwiej zauważalne. (Przydaje się mapa. Mieliśmy Ziemię Nyską dla aktywnych Galileosa.) Przed Sławniowicami ostrzeżenie o wystrzałach. Jesteśmy w pobliżu kamieniołomu, tereny te eksploatowane są przez spółkę „Marmur” Sławniowice, wyspecjalizowaną w wydobyciu i obróbce marmuru. Kamień ten pozyskuje się tu od 700 lat – podobno sławniowickie marmury można spotkać m. in. w gmachu na Wiejskiej.

 
Docieramy do Sławniowic, w środkowej części wsi na skrzyżowaniu (przy przystanku autobusowym) wchodzimy na drogę główną, czyli idziemy prosto, następnie lekko po łuku w prawo. Za ostatnimi zabudowaniami ignorujemy pierwszą – a skręcamy w lewo w drugą polną drogę. Czerwony znak widnieje na betonowej kładce (ułatwiającej wjazd maszynom polowym).
Maszerujemy przed siebie, na odcinku około 1,5 km brak oznakowania. Gdy przed lasem dukt główny wiedzie w prawo, powinniśmy wybrać mniej wyraźną ścieżkę na wprost. W lesie podążamy przetartą dróżką. W pewnej chwili widzimy znak szlaku – jakoby podwojony, w pionowym ułożeniu, sugerujący przejście na przełaj. Przed sobą mamy gęste i wysokie zarośla, omijamy je, wchodząc intuicyjnie w las. Kierujemy się lekko w lewo, później w prawo, równolegle do przejścia na przełaj. Odnajdujemy czerwone znaki. Dochodzimy do Jarnołtowa. Asfaltem idziemy w głąb wsi. Mijamy pomnik upamiętniający poległych w I wojnie światowej pruskich żołnierzy. Niemało podobnych świadectw zbiorowej pamięci (uwzględniwszy również tablice na budynkach) zachowało się na tych terenach.


W Jarnołtowie sklep spożywczy niedaleko przystanku autobusowego, dobrze zaopatrzony, można uzupełnić zapasy prowiantu lub posilić się. Za przystankiem skręcamy w lewo, schodzimy z asfaltu, mniej więcej po kilometrze urywają się czerwone znaki. Przejście do Łąki przypomina raczej marsz na orientację niż wycieczkę szlakiem turystycznym. Na szczęście (mimo fatalnej pogody: zacinającego deszczu i coraz gorszej widoczności) nie tracimy z oczu wsi. Przed Łąką odnajdujemy oznaczenia GSS. Do Kałkowa pozostało jeszcze około dwóch kilometrów. Po Kałkowie spodziewamy się wiele, przede wszystkim noclegu pod dachem – jesteśmy zmęczeni, zziębnięci i mokrzy. Przechodząc pytamy o kwatery – nie ma żadnej. Myślimy o trawce przy plebanii – okazuje się, że proboszcz pojechał z ministrantami do Wisły. Jak trwoga – to do sołtysa. Nie wiemy, gdzie mieszka, więc szukamy sklepu, żeby zapytać. Sklep (z agencją pocztową) czynny do 16.00. Zdążyliśmy, jest 15.55, robimy drobne zakupy, pytamy, pytamy, zbieramy się do wyjścia. Pani Górska odsyła nas do syna i synowej, Maćka i Joli. Niewiarygodna gościnność naszych Gospodarzy, już drugi raz tego dnia. Pytamy o trawkę, a nocujemy w chatce z bali na kanapach, pod ciepłymi kocami. Raczymy się zupą ogórkową, pstrągiem z grilla, frytkami, jedzonko podlewamy piwem. Do późna, czyli do godz. 21 cieszymy się atmosferą tego Domu i serdecznością jego Właścicieli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz